Narodziny i naród
Narodziny i naród
„Jakim to koszmarem są „ciąża”, poród, macierzyństwo, rodzina, jakim to szczęściem jest wolność”
Narodziny i naród mają ten sam źródłosłów. Bez narodzin nie ma narodu. Polski naród znika. Nie chce istnieć, posłusznie kładzie się do grobu, scrollując smartfona.
Polska znika. Politycznie, bo dzisiejsi Polacy dali sobie wmówić, że polityka to rzecz brzydka, nie ich sprawa, a niepodległość jest zbędnym bibelotem. Więc decydują o nas inni. Zamiast nihil nowi Polaków, którzy pół tysiąclecia temu chcieli o sobie decydować, mamy dziś potulne omnia nowi – wszystko o nas bez nas.
Polska znika kulturowo, bo polscy politycy nie chcą rozumieć, że kultura nie jest czwartorzędnym dodatkiem do spraw ważnych, ale w perspektywie nieco dłuższej niż jedna kadencja faktycznie decyduje o istnieniu narodu i państwa.
Polska znika fizycznie – znika naród polski, mając dzieci niemal najmniej w świecie. Za 50 lat nad Wisłą będzie nas kilkanaście milionów staruszków wśród kilkudziesięciu milionów staruszków wśród kilkudziesięciu milionów Azjatów, Arabów i Murzynów, którzy rozgoszczą się tu i będą u siebie.
O przyczynach demograficznego kryzysu na świecie powiedziano wiele, nie będę rozwijał słusznych diagnoz gangreny cywilizacji, ale – by mówić o środkach ratunku – trzeba nazwać tą najważniejszą: klęskę kultury. Kultury życia. Diabelska kopulacja lewicy z globalizmem spłodziła potwornego bękarta: nieuświadomioną truciznę samotności. Ludzie nie chcą być samotni, ale potulnie wykonują instrukcje, aby być. Komunizm w wersji sowieckiej wymordował 100 mln ludzi, lecz umysłów świata nie zdołał przestawić na zniewolenie. Komunizm w wersji zachodniej, najdokładniej opisany przez Spinellego w instrukcji z Wentotene, która dla Unii Europejskiej jest niedoścignionym wzorcem wdrażanym do wszystkich krajów członkowskich, to właśnie zrobił – przełączył setek milionów wolnych ludzi na znieczulenie zniewolenia. Wedle zaplanowanego procesu w głowach milionów wolnych ludzi unicestwiono naturalne i odwieczne rozumienie podstawy bezpiecznego życia i rozwoju: oparcia w rodzinie, we wspólnocie, w trwałych relacjach, w systemie wartości. Komuniści sowieccy próbowali zamordować rodzinę, narody, religię, wspólnotę, solidarność. Nie dali rady. Komuniści zachodni dali radę. A to dlatego, że zamiast piętnować i zwalczać kapitał, sprzymierzyli się z nim, (dokładnie tak zrobili w Polsce) z jego najbardziej żarłoczną i bezwzględną wersją, z globalizmem. W efekcie na tym etapie cywilizacji najsilniejsza okazuje się chciwość.
Dziecko jako wróg
Ostoją wolności i tej prawdziwej, bezprzymiotnikowej demokracji jest klasa średnia, czyli wszyscy, którzy nie należą od innych, ekonomicznie potężnych, ale od samych siebie. Mają siłę i odwagę być wolnymi. Dzięki swojej niezależności klasa średnia jest podstawą organizacji sprawiedliwego państwa, strażnikiem standardów etycznych i prawa naturalnego. Stała się więc pierwszym wrogiem i celem zniszczenia dla komunistów, oraz – jak się niedawno okazało – także dla globalistów.
Komuniści wyszkoleni na uniwersytetach i szkole frankfurckiej nauczyli globalistów, że wolność skuteczniej niszczy się nie toporną siłą, lecz podstępem, kulturowe kłamstwo musi być skuteczne. Komuniści odrobili lekcję i żwawo ruszyli do współdziałania w instytucjach „wolnego świata”. W efekcie świat zachodni w ogromnej części składa się dziś z ludzi, którzy kochają swoje zniewolenie.
Jego głównym elementem jest arcyreligia egoizmu. Nic ważnego nie było przede mną, nic ważnego nie ma wokół mnie, nic ważnego nie będzie po mnie. Jestem ponad wszystko, nie ma rzeczy większych od mojego „dobrostanu”. A ten uzyskuje się przez permanentną biegunkę szybkich przyjemności oraz eliminację ewentualnych problemów. I niech ten stan mojego scorollowania trwa wiecznie. Po to jestem. Nowe życie? Dziecko? A po co? Kłopot, wysiłek, koszty, poświęcenie, utrata komfortu. Taką to melodię ciepłym barytonem nuci nam do ucha diabeł. W jego kołysce dziecko nie jest – jak było dotychczas – rozwojem naszego bytu, lecz jego ograniczeniem i zagrożeniem, wręcz niszczeniem. Nie jest eksplozją czułości i szczęścia, lecz zupełnie zbędną mitręgą. Rodzice wiedzą, że także dziecko daje im życie, nowe szczęście, ale diabeł antykultury szepce, że dziecko odbierze nam życie, w tysięcznych przekazach kulturowych i medialnych wbija się nam do głów i serc strach przed nowym życiem. Utożsamia szczęście, „samorealizację” z ominięciem tego zbędnego kłopotu. Kultura jest dziś tak zbudowana. Media codziennie donoszą, jakim to koszmarem są „ciąża”, (już nie stan błogosławiony), poród, macierzyństwo, rodzina, jakim to jest szczęściem jest wolność od tych ciężarów.
Europa będzie Arabska, demografia dokonuje skutecznego podboju. Dlatego, że Arabowie traktują dziecko jak skarb, jak inwestycję. W naszej cywilizacji przeżartej przez komuno-globalizm odwrotnie – im mniej masz dzieci tym jesteś bogatszy, a jesteś najbogatszy, gdy nie masz dzieci. To oczywiście przekaz nie dla elity, lecz dla ludzkiej mierzwy, która ma być doskonałym konsumentem i politycznie doskonale sterowanym popychadłem. Arabowie inwestują w dzieci, Zachód, Europa, ma nie inwestować, narody zachodnie mają wymrzeć.
Ale dlaczego polska jest na samym dnie wymierających narodów? Dlaczego Polacy tak bardzo nie chcą mieć dzieci? (dzietność w Polsce w 2025 wynosiła 1,099 wobec 2,1 minimum egzystencji narodu). Może w komunistyczno-globalistycznej operacji wielkiej wymiany populacji Europy na Azjatów, Arabów i Murzynów wysiłki lokalnych mediów są szczególnie intensywne? Wydawnictwo Agory od kilku dekad co chwila można przeczytać, jak okropne są macierzyństwo, rodzicielstwo, jakim koszmarem jest rodzina, jakimi potworami są ojcowie. To samo dzieje się w telewizjach koncernu TVN i dominujących w Polsce polskojęzycznych mediach niemieckich. Może dlatego, że w swym powszechnym katolicyzmie i tradycyjnym konserwatyzmie Polacy są nadal dla globalkomuny elementem szczególnie niepewnym? Mimo tradycyjnego, a podtrzymywanego i twórczo rozwijanego kompleksu niższości, mimo naszego cielęcego zapatrzenia w zachodnie wzory, naszego braku asertywności i poczucia podmiotowości, naszej bierności, o której tyle pisał Dmowski, braku codziennej aktywności politycznej mimo wszystko pozostajemy jednak obiektem zbyt trudnym do trwałego komunistyczno-globalistycznego wyprania mózgów? Polacy budzą się raz na pokolenie, więc znowu mogą się obudzić? I co gorsza zrozumieć swoje narodowe interesy? I o zgrozo zorganizować się? Czyli stać się silnym narodem? Takie niebezpieczeństwo istnieje, potrzeba więc u Polaczków szczególna intensywność przekazu, że dziecko to twój wróg. Globallewactwo jedzie po nas walcem antykultury. Politycy, którzy sądzą, że państwo nie ma do odegrania żadnej roli w kulturze, a lewacko-globalnemu walcowi pięknie i skutecznie przeciwstawi się „rynek”, są bardzo naiwni.
A może Polki nie chcą rodzić, bo nie ma już odpowiedzialnych Polaków, którzy są gotowi być ojcami rodzin? Może młodzi Polacy nie czują, że państwo polskie staje po ich stronie w sporach z instytucjami, z agresywnymi korporacjami, że narzuca im antyrodzinne zniewolenie oraz idiotyzmy i twardo je egzekwuje? Może nie chcą mieć dzieci w takim państwie, jak było ono wczoraj i jest dzisiaj, ale gdy wreszcie naprawimy je na 100 sposobów, Polak (i Polka) poczuje, że chce w Polsce spędzić starość wśród kilkunastu wnuków?
By jako państwo mieć szansę na odwrócenie katastrofy demograficznej, musimy uleczyć przyczyny. Czyli – wśród wielu innych- przestać dyskryminować dzieci. Dać rodzicom prawo do rozliczania podatkowego całej ich rodziny, której każdy członek jest polskim obywatelem. Prawo samodzielności będzie miał po ukończeniu 18 lat, ale prawo do życia, mieszkania, jedzenia, ubrania, bezpieczeństwa jest mu potrzebne wcześniej. Skutkiem będzie prawdziwe równouprawnienie dzieci, by miały szansę rozwoju, by miały szansę pojawić się na tym świecie. Jak mamy wymagać od obywateli, by rozumieli, że dziecko jest bogactwem, skoro polskie państwo tego nie rozumie?